sobota, 25 października 2014

"Never lose hope" Rozdział 1

                                                                             "Żyje­my tak jak śni­my – samotnie."



            Przeszłam przez ogromny tłum tańczących, podskakujących i drących się na całą salę nastolatków. Ciemność ogarniająca cały hol była poprzetykana niewielkimi strumieniami światła padającego z licznych lamp zawieszonych pod wysokim sufitem. Całość zwieńczona była dymem powstających z maszyn stojących przy ścianach i z licznych papierosów, przez co widać było niewiele i to najwyżej na jakieś dwa metry wokół siebie. Z głośników pobrzmiewała głośna muzyka z mocnym bitem, przez którą całe ciało drżało od środka. Już trzeci raz pod rząd słyszałam tą samą piosenkę, zapewne DJ w ogóle nie interesował się sprzętem. Żadna z tych rzeczy jednak nie miała wpływu na powodzenie lub też niepowodzenie tej misji. Ona musiała się udać.  Musiałam przejść przez to pomimo niedogodności.

            -Co robisz! – warknęłam przekrzykując hałas i odpychając jednocześnie chłopaka, który wpadł prosto na mnie.

            -Sorry laleczko! – odparł przechodząc chwiejnym krokiem do jakiejś dziewczyny, która najwidoczniej również nie była zachwycona jego przybyciem.

            Odwróciłam się zaciskając zęby i idąc dalej. Oni wszyscy nie mieli pojęcia kim jestem, ani co mogłabym im zrobić. Mogłabym, ale nie teraz. W tym momencie miałam inne zadanie i niewiele czasu na jego wykonanie. Nie mogłam sobie pozwolić na stratę ani jednej cennej minuty.

            Odepchnęłam na boki parę zdezorientowanych osób. Spojrzeli na mnie nierozumiejącym wzrokiem, po czym jak zahipnotyzowani powrócili do tańca składającego się z podskoków i wymachów ramion kompletnie ze sobą niezsynchronizowanych. Stanęłam dopiero przed drzwiami z dużym czerwonym napisem „NIEUPOWAŻNIONYM WSTĘP WZBRONIONY”. Otworzyłam je pomimo ostrzeżenia i weszłam szybkim krokiem do środka. Sięgnęłam do tylnej kieszeni jeansów i wyciągnęłam niewielki czarny pistolet. Od razu poczułam się lepiej i pewniej z delikatnie ciążącym mi w ręce przedmiotem, którym dzięki jednemu niewielkiemu ruchowi mogłam zabić niemal każdego.

            Kawałek dalej na końcu obskurnego korytarzyka cuchnącego alkoholem i pleśnią natknęłam się na kolejne drzwi. Na klamce widniała zawieszka „Nie przeszkadzać”. Ze spokojem weszłam przez nie do gabinetu. Wyglądał normalnie. Ciemne ściany obwieszone jakimiś kartkami, kalendarzami i obrazkami, na biurku leżała sterta papierów, trochę z nich musiało wysypać się na podłogę, ponieważ wokoło na ziemi widniał dość gruby dywan kartek. Niektóre były zgniecione, albo podarte w malutkie kawałeczki. Za biurkiem natomiast stało krzesło odwrócone do mnie tyłem, a na nim ktoś siedział. Widziałam rzadkie ciemne włosy poprzetykane siwymi nitkami. Nic więcej.

            -Czekałem na ciebie. – odezwał się ochrypły głos. – Wiem po co przyszłaś.

            -Czemu więc tego mi nie dasz? – zapytałam ostro.

            -Ponieważ jest to zbyt ważne. Nie może dostać się w niepowołane ręce. – rzekł i przekręcił krzesło tak, że siedział teraz przodem do mnie.

            Miał szeroką twarz pokrytą kilkudniowym zarostem, a pod oczami widniały cienie i ogromne worki. Wyglądał jakby nie spał od paru dni. Może bał się, że znajdę się tu przed nim? Może chciał ochronić to, po co przybyłam? Nie wiedział, że ja i tak mu to odbiorę? Zawsze wykonuję to, co do mnie należy i teraz nie miało być inaczej. Nie mogło.

            -Jeżeli nie oddasz mi tego dobrowolnie, to będę zmuszona użyć siły. – mruknęłam nie mogąc powstrzymać uśmiechu na widok jego twarzy. Grymas przerażenia pogłębił się jeszcze bardziej na jego ustach kiedy zaczęłam kręcić pistoletem na palcu. – Co ty na taki układ? Ty mówisz mi wszystko co wiesz i przekazujesz mi potrzebne papiery, a ja może daruję ci życie…

            -A jeżeli nie? – starał się powstrzymać drżący głos. Czułam to.

            -A jeżeli nie, to jutro rano Nowy Jork obudzi się o jednego mieszkańca mniej. – powiedziałam cicho pstrykając palcami.

            -Nie możesz mnie zabić! – niemal krzyknął. – Nie przyszłaś po to. – zaczął kręcić głową – Ty masz wydobyć ze mnie informacje, ale nie uda ci się to.

            -Tak uważasz? – zapytałam z powątpiewaniem.

            -Po co miałbym umrzeć, jeżeli tylko ja jako jedyna osoba w całym mieście, a może i na świecie wiem to, co wam jest tak bardzo potrzebne? – nabierał pewności siebie.

            Nie mogłam dłużej drążyć tego tematu. Facet miał mi tylko powiedzieć to, co chciałam, a może zostawiłabym go w spokoju. Miał szansę, ale jej nie wykorzystał. Trudno, jego strata. Wyciągnęłam rękę, w której dzierżawiłam pistolet wycelowałam i strzeliłam. Mężczyzna upadł z donośnym wrzaskiem. Przeklinał i krzyczał trzymając się za ranną stopę.

            -A co teraz? – zapytałam stojąc nad nim. – Powiesz mi wreszcie o kogo chodzi?

            -Nigdy! – splunął na mojego buta. Strzepnęłam ślinę i kopnęłam leżącego w postrzeloną nogę. Zaczął jęczeć i zawodzić. Był jednak nieugięty – Nie! Nie mogę!

            Stwierdziłam, że od niego niewiele się dowiem, skoczyłam więc za biurko wertując po kolei kartki. Musiałam wreszcie natrafić na coś wartościowego. Niepotrzebne papiery po prostu zrzucałam na podłogę. Po chwili zobaczyłam białą teczkę z czarnym odręcznym pismem „Tajne”. Już wiedziałam, że to jest właśnie to czego szukałam. Otworzyłam ją i przejrzałam na szybko strony. Na każdej powtarzało się jedno imię i nazwisko: Videl Chase. To musiał być on.

            -Videl Chase? – zapytałam podejrzliwie. Po wyrazie twarzy mężczyzny leżącego na ziemi zdałam sobie sprawę, że miałam rację.

            -Nie! Zostaw go w spokoju! – zaczął wrzeszczeć – Nie waż…! – zaczął, ale nie było mu dane skończyć. Po huku wydanym z lufy pistoletu jedynym dźwiękiem jaki słyszałam było plasknięcie wywołane przez uderzenie ciała o podłogę i cicha muzyka słyszana z głównej sali klubu. Zadanie wykonane, mogłam być z siebie dumna. Teraz już tylko pozostało szybkie zmycie się z miejsca całego zdarzenia i po sprawie. Wiedziałam, że mi się uda. Musiało się udać.

            Viedel Chase. To imię non stop kołatało mi się po głowie. Byłam niemal pewna, że kiedyś to słyszałam, ale skąd, gdzie i kiedy? Nie miałam pojęcia. Mój umysł zaglądał do swoich najciemniejszych i najdalszych zakamarków, a jednak nigdzie w mojej pamięci nie mogłam odnaleźć Viedela Chase’a. Coś, jakiś cichy głosik jednak szeptał mi ciągle do ucha, że gdzieś już o nim słyszałam. Jednak jak mogłabym o tym zapomnieć? Tak po prostu usunąć to wspomnienie? To było niemożliwe. Nie powinnam się tym zamartwiać, ale jednak nie mogło to mi dać spokoju. Muszę po prostu oddać tą teczkę Szefowi i będzie po sprawie. Zapewne zostanę przydzielona do kolejnej misji i przy odrobinie szczęścia otrzymam pochwałę za dobre sprawowanie. Szef, czyli Dan, ale woli jak zwracamy się do niego „Szefie” to trudny, ale równy gość. Może i nie było łatwo się z nim zaprzyjaźnić, ale to chyba tak jak ze mną. Po prostu nie ma skłonności do wyżalania się, rzucania komplementami i tym podobnym. Woli raczej wyrażanie się wprost, bez owijania w bawełnę niczym w wojsku. Nie miałam nigdy nic przeciwko temu. Szczerze mówiąc lepiej rozmawiało mi się nawet z Szefem, niż z resztą ekipy. Nie było nas wielu. Zaledwie dziesięciu. Nie potrzebujemy więcej. Wystarczy niewielu dobrze wyszkolonych ludzi, a prawie każda misja zakończona jest tryumfem. To nam jak najbardziej odpowiada.

            Szybkim krokiem weszłam do bazy. Przeszłam przez parę pustych korytarzy prosto do biura Szefa. Zapukałam, po chwili zamek został odryglowany, a drzwi się otworzyły. Przede mną stanął Yoran, jeden z załogi. Kiwnęłam głową na znak przywitania, nie odwzajemnił tej oznaki dobrego wychowania. Minęłam go wchodząc do obszernego jasnego pomieszczenia.

            -Witaj. – usłyszałam niski głos Dana. Przede mną stał wysoki mężczyzna o mocnych rysach twarzy i ciemnych włosach. Mógł być uważany za niezwykle przystojnego pomimo dość długiej blizny szpecącej jego prawy policzek zaczynający się od nasady czoła aż po brodę. Nie wiedziałam dokładnie w jakich okolicznościach się jej nabawił, ale słyszałam wiele pogłosek od reszty agentów, niektóre z nich były nieprawdopodobne jak to, iż kiedyś Dan wdał się w strzelaninę i usiłując uniknąć kuli zgiął się w tył, ale kula jednak zdołała przeorać mu twarz, inne że jakiś bandyta napadł na niego z nożem, a że Szef nie miał akurat przy sobie żadnej broni musiał odbyć nierówną walkę, w której wygrał, ale twarz nie zachowała się w całości i wiele, wiele innych. Nie miałam jednak zamiaru pytać go o to.

            -Cześć. – odpowiedziałam po chwili. Mogło to być uznane, za rodzaj nonszalancji, ponieważ jednak byłam od niego o dobre parę, albo nawet paręnaście lat młodsza. Ja miałam lat dziewiętnaście, a Dan? To był kolejny sekret, którego mogliśmy się tylko domyślać. Wyglądał na jakąś trzydziestkę, ale kto wie, czy pozory nie mylą?
            -Misja się powiodła? – zapytał wpatrując się we mnie czarnymi oczami, jakby chciał odnaleźć cień niepewności lub kłamstwa. Gdybym teraz powiedziała, że się nie powiodła niechybnie by się na mnie rzucił z wściekłości. W każdym razie tak wyglądał.

            -Oczywiście. – odparłam podając mu teczkę.

            Otworzył ją i zaczął przerzucać papiery. Mruknął parę niezrozumiałych słów, po czym zamknął ją i ponownie spojrzał na mnie.

            -Świetnie, możesz już iść.

            Pożegnałam się i szybko wypadłam na korytarz. Świetnie. Teraz byłam wolna. Może jutro będę miała spokój, chociaż w sumie, to nie wiem, czy chcę siedzieć w swojej sypialni cały dzień. Nieważne.

            Ruszyłam do łazienki, później do sypialni i jak najszybciej położyłam się do łóżka. Po chwili już spałam.





To jest pierwszy rozdział. W sumie dużo nie mówi o głównych bohaterach, ale już niedługo (mam nadzieję) będzie kolejny rozdział.
Myślę, że tutaj będą również inne moje opowiadania, ale nie wiem jeszcze kiedy będę je dodawać :)

Cześć :D



Witaj :)

Jestem Maria i kocham czytać oraz pisać. Niestety czasem mam takie dość długie przerwy w pisaniu, więc moje opowiadania są publikowane w wolnym tempie. Dobrze wiedzą to osoby, które obserwują, bądź obserwowały mnie na wattpadzie (tam nazywałam się Limonkaa). Zdziwiło mnie powodzenie mojego opowiadania "Gdzie jest tata", które nie jest wielkim hitem internetu, ale jednak otrzymałam tam około 45 tys. wyświetleń. Niestety jest to jeszcze nie dokończone i obawiam się, że takie już pozostanie.
Oczywiście nie mogłam długo wytrzymać bez pisania, dlatego stworzyłam coś takiego - bloga.
Nie jest to oczywiście mój pierwszy blog, ale jednak to ten ma być taki prawdziwy, z regularnie dodawanymi postami. Mam nadzieję, że mi się to uda i że będzie ktoś to czytać.

A podpisywać się będę: